RockSerwis.FM
/ftp/6/61/[118333]_PorcupineTree_Deadwing.jpg
Deadwing
 
średni czas realizacji: od 2 do 60 dni 
 
28.03.2005
CD 32.89 zł
 
 
 
 
1. Deadwing 9:46
2. Shallow 4:17
3. Lazarus 4:18
4. Halo 4:38
5. Arriving Somewhere But Not Here 12:02
6. Mellotron Scratch 6:56
7. Open Car 3:46
8. The Start Of Something Beautiful 7:39
9. Glass Arm Shattering 6:12
 
Steven Wilson - Guitar, Radio, Additional Keyboards
Richard Barbieri - Synthesizers
Colin Edwin - Bass Guitar
Gavin Harrison - Drums

guests:
Adrian Belew - vocals and guitars
Mikael Akerfeldt - vocals and guitars
 

Klienci, którzy kupili ten artykuł, wybrali też:


  • KING CRIMSON
    In The Court Of The Crimson King (30th Anniversary Edition)

  • PORCUPINE TREE
    Fear Of A Blank Planet

  • RIVERSIDE
    Voices In My Head

  • RIVERSIDE
    Out Of Myself

  • PORCUPINE TREE
    The Incident

  • KING CRIMSON
    Red (30th Anniversary Edition)

  • WILSON, STEVEN (PORCUPINE TREE)
    Hand. Cannot. Erase. (digipak)

  • RIVERSIDE
    Second Life Syndrome

  • BLACKFIELD
    V (digipak)

  • RIVERSIDE
    Anno Domini High Definition (CD+DVD limited edition) (digipak)

  • NO-MAN
    Returning Jesus

  • PORCUPINE TREE
    Voyage 34

  • KING CRIMSON
    In The Wake Of Poseidon (30th Anniversary Edition)

  • AIRBAG
    Identity

  • NO-MAN
    Flowermouth (remaster with bonus tracks)
 
 
 
 

RECENZJE

Muzyka bardzo dobra, ale gra na perkusji - monotonna i przewidywalna!

/Marcin T./

__________________________________________________

Zawiodłem się straszliwie! Trzeba wprost powiedzieć że jest to płyta słaba, jeśli nie rzec że najsłabsza w dorobku Porcupine Tree... no może jedynie "Stupid Dream" było słabszym albumem (ale znajdowało się na nim parę utworów wgniatających w fotel). Po pierwsze nie jest to płyta "jeżozwierzowa", bo co charakterystyczne dla Porcupine to to, że choć każda płyta była inna to zawsze można było poznać kto to gra już po pierwszych taktach... na tej płycie brak charakterystycznych elementów z których słynie ten zespół. Gitara Wilsona dzięki której można było wszędzie poznać ze to gra Steve.. nawet jeśli grał w No Man czy Blackfield czy nawet u Fisha... zawsze było wiadomo ze to gra Steve Wilson, bo charakterystyczne brzmienie gitary to jego wizytówka... tutaj "tej gitary" jest jak kot napłakał (ubolewam). Druga rzecz którą uwielbiałem w "starym" Porcupine Tree to "ozdobniki" wszelkiego rodzaju, natomiast ta płyta jest bardzo prosta pozbawiona kombinowania (oczywiście w porównaniu z poprzednimi wydawnictwami), brak na niej drugiego planu który był niezmiernie ciekawy na innych płytach. Po trzecie płyta jest przewidywalna... może to dziwnie brzmi.. ale tak!!! Najbardziej nieprzewidywalny zespół wydał przewidywalną płytę z przewidywalnymi utworami. Weźmy na przykład na tapetę utwór który mógłby się wydawać najbardziej ambitnym - "Arriving somewhere but not here". Utwór podobnie skonstruowany jak "Russia on ice" (nie będę zagłębiał się w elementy składowe), ale ... na "Russia on ice" jak pojawia się "mocna gitara" przypuszcza się że będzie zaraz (przepraszam za wyrażenie) nachrzanianie, a tu tego nie ma... zupełnie zmienia się klimat, wchodzą inne instrumenty, bogactwo dźwięków. Natomiast na "Arriving..." jak pojawia się w pewnym momencie podobnie "mocna gitara" i przypuszcza się ze będzie (znów przepraszam) nachrzanianie... to się ma racje!!! (niestety) wolałbym jednak zaskoczonym być... (to tylko jeden przykład, ale nawet nie kusząc się na wymienianie pozostałych stwierdzam ze jest ich więcej... dużo więcej). Jak już była mowa o ozdobnikach... to słuchając tej płyty zadawałem sobie pytanie czy na "Deadwing" gra Barbieri??? ... przecież go w ogóle nie słychać na tej płycie, jest całkowicie w tle i również nie gra jak Barbieri, którego mogliśmy poznać i na innych płytach Porcupine i na jego ostatnim solowym wydawnictwie (ubolewam ze to inny "skromniutki" Barbieri). Kolejna rzecz to te wspaniałe, "wolne", nastrojowe utwory Porcupine Tree w stylu "The moon toches your shoulder" - na każdym albumie trafiała się perełka w tej konwencji... a gdzie taki utwór na Deadwing?!... może ktoś mi powie ze to Lazarus?!... wolne żarty, ten singlowy utworek to nawet nie namiastka takich utworów jak wspomniany już "The moon ..." czy "Heartattack in the layby" czy "Lips of ashes" z "In absentii". Co razi to brak ambicji w utworach na płycie, bo nawet jak jeżozwierz nagrywał single to były to super utwory z nutką awangardy i ambicji jak chociażby "Shesmovedon" ... a "Shallow" ... szkoda komentarza. Tylko jedno przychodzi do głowy ... komercha i to na jak niskim poziomie. Poziom wprawdzie dlatego jest tak niski bo nagrał to genialny zespół Porcupine Tree do którego wymagania ma się postawione bardzo wysoko ... życzyłbym innym zespołom takich utworów jak "Shallow", ale Porcupine na takie coś nie może sobie pozwalać... Ogólna ocena płyty w skali szkolnej to 3+... niestety szczery jestem... oczywiście są utwory wspaniale (to tak na koniec :) ) ...ale jest ich bardzo niewiele, może ze 4... szkoda... bo zwykle płyty Porcupine Tree to uwielbiałem od deski do deski. Na większą uwagę zasługują "Halo" (gdzie zaczyna być słychać trochę Porcupine z "Ligthbulb sun" (pozytywnie), omawiany już "Arriving somewhere...", "Melotron Scratch", "Start of something beautiful" (chyba najlepszy), bo wiem że to gra w nim Wilson i spółka bo to słychać. No może jeszcze do tego zestawu dorzucić ostatni utwór "Glas arm shattering". Czyli druga strona płyty jest zdecydowanie lepsza, ale i tak nie jest to poziom do jakiego Porcupine Tree mnie przyzwyczaiło... i rozpieścili mnie ;)

/Wiktor F./

________________________________________________

idzę podział płyty na dwie części. Pierwsza adresowana do wielbicieli IA, druga część adresowana do starych fanów PT. W środku natomiast mamy Arriving Somewere But Not Here. Cala płyta jest na wysokim poziomie. Widać rozwój muzyki PT. Nie ma mowy o zjadaniu swojego ogona, a mimo to są wstawki, które starym fanom będą powodowały mile swędzenie w plecach :-) Mamy tu przekrój przez wszystko to co PT proponowali wcześniej, ale w jakby gęstszym sosie produkcji i większym powerem (lecz jak już wspomniałem nie ma mowy o zjadaniu swojego ogona :-) Gdybym miał wskazać najważniejszy utwór z płyty to... jest ich (na razie) 4: 'Deadwing', 'ASBNH', 'the Start of SB' oraz 'GAS'.

Z 'piosenek' najbardziej podobają mi się te, które nie były brane pod uwagę jako single czyli Halo i Open Car. Ciekawym utworem jest 'Mellotron Scratch' - cos kompletnie nowego a jednak... ta gitara, te harmonie vokalne... mile rozluźnienie po takim utworze jakim jest ASBNH. Shallow i Lazarus... podczas słuchania płyty nie będę ich pomijał. Ciekaw jestem które kawałki z płyty zagrają na koncertach. Oby

zagrali tSoSB...

/adaM/

_________________________________________________

Doprawdy nie wiem co się dzieje z tym zespołem. Poszukują, próbują, kolejna płyta jak zwykle różniąca się od poprzednich... Lepsza od IA, bardziej jednolita a mimo wszystko... nudna. I żeby nie było wątpliwości ja nie próbuję narzucić nikomu zdania, ani agitować za progrockową ortodoksją (a o coś takiego przy innej okazji mnie już tutaj posądzono) - wyrażam swoją prywatną opinię. Dziwnie się tego słucha - wokal Stevena Wilsona (który nigdy jakoś nie chce pasować do mocniejszego grania - nie mówię "ciężkiego" bo ciężkie to ono nie jest, ciężko brzmi np. Strapping Young Lad...), poprzetykany mocno brzmiącymi partiami gitary - przywodzi to na myśl powiedzenie o kiju i marchewce. Przez to większość utworów na płycie jest do siebie zatrważająco podobna. I nic nie pomogło kolejne, kolejne i kolejne odsłuchanie albumu - jest wg mnie przeciętny i cała armia zagorzałych fanów PT nie zmusi mnie do zmiany zdania ;). Przeciętny w porównaniu z wieloma innymi "świeżymi" pozycjami na rynku, jak i przeciętny w porównaniu z pozostałymi płytami PT, wspomnianej IA nie licząc. Jedyne mocne pozycje na krążku to delikatny, urokliwy Lazarus i przywodzący dobre skojarzenia na temat możliwości i talentu SW i spółki, Glass Arm Shattering. Nie wiem czemu, ale na płycie nie ma żadnego kawałka instrumentalnego - tak jak Wedding Nails na IA, pozwalałby odpocząć trochę od wokalu SW, który o ile kiedyś jego głos frapował, zaciekawiał i był świetnie wkomponowanym elementem aranżacji, teraz przypomina mi popowe podśpiewywanie. Wygląda na to, nowa płyta Porcupine Tree jest kolejnym dowodem na fascynację SW, nie tyle cięższymi brzmieniami (o czym nieraz można było poczytać w wywiadach i informacjach o pracy zespołu), tylko jego własnym głosem... Całe szczęście, że Deadwing jest płytą o przeciętnej cenie...)

/Konjo/

__________________________________________________

Po kilkakrotnym przesłuchaniu tej płytki , znowu nie mogę się nadziwić jak w takim małym człowieczku jak SW może siedzieć zarazem tyle energii co wrażliwości. Przypuszczam, że pojawi się wiele głosów krytyki, fanów płyt PT gdzie kawałki obfitują w długie solówki itp. (choć może "Arriving Somewhere But Not Here" trochę ich uspokoi;). Ja też uwielbiam tamte płyty, jednak sądzę, że płyta jest interesująca, ostra przeplatana pięknymi melodiami i pływającymi dźwiękami. I można słuchać i słuchać na okrągło tak samo jak inne. Pozdrawiam

/mario /

__________________________________________________

Po ostatniej "kontrowersyjnej" płycie ("In Absentia") wreszcie powrót do formy "progresywnej". Wszystko odbywa się wg sprawdzonej na poprzednich płytach receptury: ostra gra - ściana dźwięku, by za chwilę przejśc w łagodne, niemal balladowe klimaty. Jeszcze niektóre nagrania pozostawiają pewien niedosyt (są takie nazwijmy to "młodzieżowe" - to chyba wpływ nowej wytwórni płytowej), ale tytułowy ponad 9-minutowy "Deadwing" to majstersztyk z dramaturgią. Oszczędna sekcja rytmiczna i monotonny motyw (podkład) syntezatorowy to "kościec" tego nagrania. Do tego dochodzą dwie gitary. W połowie nagranie zwalnia i wycisza się, pojawiają się delikatne dźwięki gitary i basu, by za chwilę zaatakowac słuchacza surrealistyczną solówką gitary. Ponadto 11-minutowy "Arriving Somewhere..." czy "The Start Of Something Beautiful" to wzorcowe utwory P.T. Reasumując gra stała się bardziej agresywna i prosta (wyjątkiem są trzy ww. utwory). Mnie osobiście brakuje Chrisa Maitlanda i jego wyrafinowanej gry na perkusji. Odnoszę wrażenie, że miał też niebagatelny wpływ na poprzednie płyty P.T. Nie ubliżając panu G. Harrisonowi, ale jego gra to "łomot" (oczywiście sprawdzający się w tych agresywnych utworach).

/Piotr K./

________________________________________________

Powiedzmy sobie szczerze - po latach doczekaliśmy się kiepskiej płyty Jeżozwierzy. Na początku XXI wieku większość zespołów w domach kultury gra lepiej i ciekawiej niż SW i jego koledzy na Deadwing. W progresywnym rocku w ostatnich miesiącach ukazało się kilka wspaniałych płyt (PAATOS, RPWL, SYLVAN itd.), które nie tylko warto słuchać ( i przyjemnie), ale i po latach będą ważne. Dlaczego po wspaniałym Blackfield SW odważył się dać nam tą mizerię ?!

/Pyton/

_________________________________________________

Co tu dużo mówić: PŁYTA ŚWIETNA! Jeśli ktoś twierdził, że "In Absentia" jest "ostra" albo "eklektyczna" (takie stwierdzenia padły w wielu recenzjach), to ciekaw

jestem, co powie na temat "Deadwing". Już sam utwór tytułowy daje przedsmak pikantności albumu, następny - rewelacyjny "Shallow" - chyba był za ostry na europejski singel, stąd pewnie "Lazarus" (nr 3), spokojny, melodyjny, nastrojowy, może trochę za słodki, ale przyda się chwila odpoczynku przed "Halo". I tak dochodzimy do kulminacji (jak dla mnie) - nr 5 – "Arriving Somewhere But Not Here", piękny 12-minutowy utwór, który udowadnia, że na kilku prostych akordach można stworzyć coś więcej niż "Wstań, powiedz nie jestem sam..." (brrrr), dużo więcej! Cudny "Melotron Scratch", intrygujący swym początkiem "Open Car", prawie, że "kończący" coś pięknego "The Start Of Something Beautiful" no i, rzekłbym, typowy koniec w postaci "Glass arm shattering". Ta płyta bywa naprawdę ostra (jak na PT). Widać w niej wyraźnie efekty współpracy SW z Opeth. Ale wg mnie, trudno nie odczuć klimatów typowych dla początków działalności płytowej, coś między "Up The Downstair" i "The Sky Moves Sideways" (ups... zaraz pewnie mnie zjedzą za porównanie do "Sky..."). Mnie ta mieszanka jak najbardziej odpowiada! To tyle na gorąco po n-tym przesłuchaniu w ciągu kilku dni. Polecam również gorąco singel "Lazarus", na którym znajdują się dodatkowe 2 ciekawe kawałki spoza płyty. Malkontentom mówię zdecydowane NIE! Reszcie gorąco polecam!

/Marcin/

__________________________________________________

Słucham, słucham i nie moge przestać. Dzień w dzień katuję tę płytkę. Po prostu nie można się oderwać. Wydawało by się że po takich rewelacjach jak "Stupid dream" czy "In Absenita" ciężko stworzyć coś równie wspaniałego i świeżego . A tu panowie z wyspy mile mnie zaskoczyli. Wilson i reszta grupy naprawdę się

wykazali. Sądzę że spokojnie można uznać "Deadwing" za jeden z najlepszych albumów jakie dotychczas nagrali. Można na niej znaleźć "power" jakiego ciężko się nawet doszukać w metalowych i hard rockowych zespołach. Jest również spokojne i sentymentalne granie. Wydawałoby się, że nie da rady tych rzeczy połączyć, a jednak Porupine Tree stanęło na wysokości zadania i pokazało że jak najbardziej można. Uważam, że spokojnie już można teraz powiedzieć że jest to płyta roku 2005, a na pewno powinna się znaleźć w pierwszej dziesiątce. P.S. Jest to prog-rock na najwyższym poziomie

/_Hoody_/

_________________________________________________

Płyta inna, płyta dobra i można się w niej zakochać. Dla tych co marudzą, prosta sprawa, posłuchajcie Mandaryny, ona was zaspokoi..........he he - w końcu GGGGGwiazda, no nie......?

/Mantrako /

_________________________________________________

Nowe dzieło Porcupine Tree wzbudziło wiele kontrowersji, tylko zastanawia mnie czemu tak jest. Steven zachował wszystkie pierwiastki swej twórczości na "Deadwing". Jest mocno i przebojowo, ale było tak od zawsze. Kiedyś mówiono o nich Pink Floyd XXI wieku i bardzo Stevena tym porównaniem skrzywdzono. Każda jego kolejna płyta jest tego potwierdzeniem, chłopak stara sie uwolnić od wszelkich porównań i robi to znakomicie. Mogę tylko spytać sceptykow: ILE RAZY MOŻNA NAGRAĆ "The Sky Moves Sideways"?

/Piotrek z miasta smętnej wieży/

__________________________________________________

Po kilku solidnych przesłuchaniach najnowszej propozycji Stevena Wilsona i spółki dochodzę do wniosku, że faktycznie mamy do czynienia z jednym z najciekawszych (i najważniejszych) zespołów ostatnich lat. Tak – myślę, że to właśnie angielski kwartet wyznacza nowe kierunki progresywnego grania – to już nie jest bezwstydne kopiowanie patentów z lat 70 ubiegłego wieku, a zupełnie nowe oblicze ambitnej rockowej muzyki. Słuchając pierwszego utworu można odnieść wrażenie, że Wilson zatęsknił za cięższym graniem. Takie riffowe ciągoty to zapewne wynik jego współpracy z death-metalowym Opeth (notabene, wokalista tej formacji udziela się na tej płycie). Gdy przebrniemy już przez początkową ścianę dźwięku, nasze uszy ostudzi piękny "Lazarus". W tym nagraniu nie sposób już pomylić Porków z jakimkolwiek innym zespołem. Na uwagę zwraca także wysmakowana, dojrzała gra perkusisty Gavina Harrisona. "Halo" to przywrócenie mocniejszych akcentów ze świetną linią basu, natomiast środek płyty niepodzielnie należy do dwunastominutowej kompozycji pt. "Arriving Somewhere But Not Here". Tutaj Porki nie przesadzają z nadmierną ilością motywów, chociaż w połowie drogi niejednego słuchacza czeka niemałe zaskoczenie. Druga połowa płyty początkowo sprawia dziwne wrażenie. Nie da się ukryć, że poprzednie numery wysoko postawiły poprzeczkę i narzuciły tempo. "Mellotron Scratch" w pierwszej części daje przede wszystkim wytchnienie po natłoku emocji w poprzednim utworze. Końcówka przywołuje natomiast klasyczną szkołę harmonii wokalnych spod znaku Yes, jednak w swoim wydźwięku absolutnie charakterystyczną dla Wilsona. W "Open Car" powracają soczyste riffy, by w następnym numerze ustąpić miejsca klimatowi i monumentalności. Końcówka płyty to zaś piękne, rozmarzone wyciszenie, trochę floydowskie, ujawniające prostotę i kunszt twórczy Stevena Wilsona. Przyznam się, że "Deadwing" uzależnia. Ostro wchodzi w głowę już po paru użyciach. Steven Wilson? Niewiele się zmienił od czasu płyty “In Absentia" – nadal ma ten dar tworzenia pięknych nastrojowych melodii i harmonii. "Deadwing" to udana kontynuacja, a zarazem rozwinięcie stylu z poprzedniej płyty. Największą siłą tego zespołu pozostaje umiejętność łączenia liryczności z brutalnością. Porki równie przekonująco wypadają łojąc ciężkie riffy, jak i kojąc nasze uszy delikatnymi kompozycjami. Nie do przecenienia jest wkład klawiszowca. To właśnie dzięki niemu płyta nabiera specyficznej, progresywnej głębi. Największych sceptyków natomiast postaram się przekonać jednym nazwiskiem – Adrian Belew. Tak, on również przyłożył rękę do tej płyty. Obeznani w temacie na pewno usłyszą jego gitarę w dwóch utworach.

/Kubolski/
 
 
 
 
PORCUPINE TREE
Deadwing
CD 32.89 zł