RockSerwis.FM
/ftp/1/98/[342882]_theincidentpt.jpg
The Incident
 
średni czas realizacji: od 2 do 60 dni 
 
14.09.2009
CD 32.89 zł
 
 
 
 
1. Occam's Razor 1:55
2. The Blind House 5:47
3. Great Expectations 1:26
4. Kneel And Disconnect 2:03
5. Drawing The Line 4:43
6. The Incident 5:20
7. Your Unpleasant Family 1:48
8. The Yellow Windows Of The Evening Train 2:00
9. Time Flies 11:40
10. Degree Zero Of Liberty 1:45
11. Octane Twisted 5:03
12. The Séance 2:39
13. Circle Of Manias 2:18
14. I Drive The Hearse 6:41
15. Flicker 3:42
16. Bonnie The Cat 5:45
17. Black Dahlia 3:40
18. Remember Me Lover 7:28
 
All music by Steven Wilson except "Octane Twisted", "Circle Of Manias" and all of CDs: music by Porcupine Tree
All lyrics by Steven Wilson

Steven Wilson - Vocals,Guitars, Piano, Keyboards
Richard Barbieri - Keyboards and Synthesizers
Colin Edwin - Bass Guitars
Gavin Harrison - Drums

Produced by Porcupine Tree
Mixed by Steven Wilson

The cover was photographed by Lasse Hoile and designed by Carl Glover

 

Klienci, którzy kupili ten artykuł, wybrali też:


  • RIVERSIDE
    Anno Domini High Definition (CD+DVD limited edition) (digipak)

  • AIRBAG
    Identity

  • WILSON, STEVEN (PORCUPINE TREE)
    Hand. Cannot. Erase. (digipak)

  • AIRBAG
    All Rights Removed

  • RIVERSIDE
    Out Of Myself

  • RIVERSIDE
    Second Life Syndrome

  • PORCUPINE TREE
    Anesthetize

  • NOSOUND
    A Sense Of Loss (CD+DVD)

  • MARILLION
    Happiness Is The Road Volume 1: Essence

  • MARILLION
    Happiness Is The Road Volume 2: The Hard Shoulder

  • KING CRIMSON
    In The Court Of The Crimson King (30th Anniversary Edition)

  • NO-MAN
    Returning Jesus

  • RIVERSIDE
    Shrine Of New Generation Slaves (2CD mediabook)

  • INDUKTI
    Idmen

  • RAIN
    Cerulean Blue (gatefold cardboard sleeve)
 
 

Dziesiąty studyjny materiał lubianej w Polsce brytyjskiej grupy Porcupine Tree. Za okładkę albumu odpowiada Carl Glover, a powstała ona w oparciu o fotografię Lasse Hoile, wieloletniego współpracownika Porcupine Tree i autora teledysków.

Materiał opisywany jest przez zespół jako "lekko surrealistyczny cykl utworów o początkach i końcach oraz o tym, że po pewnych zdarzeniach nic już nie będzie takie samo". Za produkcję odpowiada cały zespół.

Pomysł na "Incident" narodził się, kiedy Wilson utknął w korku, spowodowanym przez wypadek drogowy. Wspomina: "Był tam ustawiony znak »POLICE - INCIDENT« i wszyscy zwalniali na chwilę, aby zobaczyć, co się stało. Później dotarło do mnie, że słowo »incydent« jest bardzo suchym sformułowaniem na coś tak niszczycielskiego i traumatycznego dla ludzi, którzy są z nim związani. I miałem wtedy wrażenie, że duch kogoś, kto zmarł w wypadku, znalazł się w moim samochodzie i usiadł koło mnie".

"Dotarła do mnie ironia takiego zimnego sformułowania i zacząłem przyglądać się innym wypadkom, o których mówiono w mediach. Napisałem o uwolnieniu nastolatek z rąk sekty religijnej w Teksasie, o rodzinie terroryzującej swoich sąsiadów, o ciele, które unosiło się na rzece, a znalezione zostało przez ludzi na obozie wędkarskim i o wielu innych tego typu przypadkach. Każdy z utworów napisany jest w pierwszej osobie i stara się zhumanizować doniesienia mediów".

Wilson powraca także do wydarzeń z jego własnego życia, takich jak: stracona przyjaźń z lat dziecięcych, pierwsze zauroczenie, dzień, w którym zdecydował się rzucić normalną pracę i poświęcić się swojemu marzeniu o tworzeniu muzyki.

 
 

RECENZJE

Gdybym miał jednym zdaniem określić odbiór najnowszego wydawnictwa Jeżozwierzy, to stwierdziłbym, że płyta wydaje mi się o wiele bardziej mroczna - zarówno w warstwie tekstowej jak i muzycznej - od poprzednich dokonań Wilsona i spółki. Odosobnienie (Blind house), życiowa porażka (Kneel and disconected), tytułowe Wydarzenie (The Incident) opowiadające o przeżyciach (ostatnich?) osoby poszkodowanej w wypadku drogowym, świadomość nieuchronnie upływającego czasu i wszystkich tego konsekwencji (Time Flies), czy nawet próby spirytualnego kontaktu z osobą zmarłą (The Seance) - to tematy "opracowane" muzycznie przez Wilsona. Styl tego opracowania jest różny: od brzmień ambientowych, delikatnych melancholijnych pejzaży, przez wspaniałe, rytmiczne akordy na gitarze akustycznej (w stylu niezapomnianych Trains, czy Sound of Muzak), aż po bardzo ciężkie, niemal metalowe riffy. Po raz kolejny możemy przekonać się, że Porcupine Tree tworzy nie tylko muzykę ambitną, nieraz niełatwą w odbiorze, o skomplikowanej strukturze, lecz jest także w stanie oczarować słuchaczy niezapomnianymi melodiami, hipnotycznym rytmem (Time Flies!), wirtuozerią wykonania.

Osobiście The Incident przypadł mi bardziej do gustu, niż poprzednie dzieło (z wyłączeniem wspaniałego mini-albumu Nil Recurring). Jest to - wydaje mi się - efektem częściowego powrotu do stylistyki muzycznej z albumów In absentia i Deadwing, gdzie melodie i kosmiczno-ambientowe dźwięki były przerywane ostrymi riffami w bardziej zrównoważonym stopniu, niż na Fear of a Blank Planet.

Zdecydowanie polecam najnowsze dzieło Jeżozwierzy, i już nie mogę doczekać się wrocławskiego wykonania Time Flies - utworu, który na pewno wejdzie do klasyki PT.

/Błażej D./

_________________________________________________________________________

kicha, nuda, banał. trawienie starych pomysłów. mam nadzieję, że to tylko chwilowy kryzys twórczy Panów z PT, pozostaje czekać na następne wydawnictwo... może będzie lepiej.

/Tomasz B./

_________________________________________________________________________

Nie jest łatwo napisać o doświadczeniu tego albumu. Na początku na pewno lęk przed zbyt mocnym przeistoczeniem się Porcupine Tree w coś z pogranicza garażowego grania. Tutaj miła niespodzianka. Pewnego rodzaju powrót do starego stylu muzycznego. Bo z tekstem to Porcupine Tree zawsze było na bardzo wysokim poziomie. I nawet dla tych tekstów warto wysłuchać tej płyty wiele razy.

A słuchałem jej w drodze. Polska autostrada. Każdy znak drogowy zaczął objawiać mi się napisem "Time Flies". I ten dzień... 21 września 2009 roku. Śmierć kolejnego górnika.

Tym razem zespół trafił. I pomógł w kontemplacji... wydarzenia? wypadku? incydentu?

To jest, moim zdaniem, najbardziej dojrzałe dzieło tego zespołu. A słowo "dojrzałe" jest mocnym słowem.

tak jak wypadek...

/Bartek O./

_________________________________________________________________________

W pierwszej chwili miałem ochotę naskoczyć na Tomasza B., ale w końcu pomyślałem, że każdy ma prawo do własnego zdania na temat tej płyty, najwyżej przyłożę mu, gdy już tej płyty dokładnie wysłucham. Ale nie dołożę.... Po pierwszym przesłuchaniu nie chcę być tak radykalny w osądach, ale mam wrażenie, że ta płyta jest najgorszą w historii, choć może kiedyś i do niej się przekonam. Jak dla mnie - na pierwszy rzut ucha to również nuda i brak pomysłu. Uwagę moją zwrócił jedynie piękny "Time flies". No cóż, każdy ma swoje lepsze i gorsze momenty, wciąż wierzę w Stevena no i czekam na następne wydawnictwa. Nad tym spróbuję jeszcze popracować, ale nie spodziewam się piorunujących efektów.

/Marcin G./

_________________________________________________________________________

Marcinie G. jestem wiernym fanem PT (od Sky moves ...) i też liczę że to tylko chwilowy kryzys. katuję się nadal i próbuję przekonać do tej płytki, ale po kilkunastu razach nadzieja gaśnie, pozostaje czekać na dvd "No man" i następne wydawnictwo PT.

/Tomasz B./

_________________________________________________________________________

Witam wszystkich zdegustowanych nowym dokonaniem Jeżozwierzy. Od lat śledzę ich dokonania, młodzieńcza miłość od Sky i niestety od lat jestem zdegustowany ich tworczością, która dla mnie sie skończyła w okolicach Metanoi (instrumentalna perła). Incident niczym nie zachwyca. Szkoda. Wygląda na to że Steven już dawno pogrzebał ten zespół, który raczej już sie nie odkopie wg mnie. Kompletny brak konceptu w którym kierunku ma iść więc w muzyce jest chaos: metal, grunge, progress. Drugie Dream Theater, ale gorsze?

/Mariusz/

__________________________________________________________________________

A mnie wciąż ciekawi, czy Time Flies to świadomy hołd dla Pink Floyd (Animals) czy przypadek (The Incident)... Przecież pomysły i całe frazy są żywcem pobrane od Flojda. Wierzę, że to jednak hołd. Po pierwszych przesłuchaniach polubiłem bardzo tę płytę. Acha, brzmi genialnie!

/Witek/

_________________________________________________________________________

A ja zdecydowanie bronię "The Incident". Płyta bardzo dojrzała, wysmakowana, pełna błyszczących drobiazgów. Stylistycznie zbliżona do "Fear of a Blank Planet", harmonijnie łączy klimaty liryczne i dynamiczne. Absolutnie genialna solówka na "Time Flies", najpierw z gitarą akustyczną nawiązującą do "Animals" Pink Floyd z 1977 r., a w solówce do "Times" z "The Dard Side of the Moon" z 1973. Nie jest to jednak kopiowanie, a twórcza rozmowa z poprzednikami. Inne utwory także bardzo twórcze i powiedziałbym "przebojowe" - fantastyczne riffy na The Blind House czy Drawing the Line, pochód basowy na syntezatorze w The Incident. W ogólności strona rytmiczna płyty jest równie satysfakcjonująca, co melodyczna. Brzmienie rozpoznawalne... Z niecierpliwością czekam na koncert wrocławski.

/Darek Ł./

__________________________________________________________________________

Witam!

Nie chcę za dużo wypisywać i opisywać swoje zachwyty nad wyżej wymienioną płytą, chcę tylko napisać że w zupełności się zgadzam z moim poprzednikiem czyli z Darkiem Ł. Denerwują mnie ci goście co wiecznie wracają do płyty The Sky Moves… i chcieliby żeby wszystkie następne płyty brzmiały tak samo, ale myślę że wtedy czepiali by się że PT komponuje muzyką na jedno kopyto. Jeszcze się taki nie urodził co by wszystkim dogodził. Ja także uwielbiam TSMS, ale bez przesady przecież chodzi o to, żeby artysta był płodny i szukał nowych rozwiązań. Im więcej słucham "The Incident" tym bardziej mi się podoba. Ja niestety nie mogę być w tym roku we Wrocławiu. A porównanie PT do Dream Theater to już lekka przesada DT to już się skończyło parę płyt wcześniej.

/Piotrek S./

_________________________________________________________________________

Jak dla mnie płyta roku!

/hendrix/

_________________________________________________________________________

Płyta trudniejsza w odbiorze niż poprzednie, chyba mniej "przebojowa". W pierwszych chwilach także miałem wrażenie obniżki lotów i pewnego zawodu.

Ale myliłem się. Na pewno trzeba jej poświęcić więcej czasu – ale odwdzięczy się z pewnością. Co więcej, sądzę że może ona należeć tych płyt, które spełniają standard "trudna z początku – dłużej zapamiętana". Mroczny nastrój i refleksja i duchowość – chyba osiągnięto te cele, które często przewijały się w wypowiedziach Wilsona przed wydaniem płyty. Warsztat – bezdyskusyjny.

Także mam skojarzenia z "Animals" – ale cóż, Steven dobrze odrobił lekcje z przeszłości i ciekaw jestem tylko czy przywołał te dźwięki jeszcze raz świadomie, czy spłynęły po prostu "spod palców". Korzystanie z takich zdarzeń często po prostu się dzieje samoistnie – jako muzyk doświadczam tego na każdej próbie, w każdym projekcie muzycznym każdy odnajdzie ślady przeszłych utworów, zagrywek itd. To nie do uniknięcia, choć w tym przypadku to "zaciągnięcie danych" jest bardzo oczywiste.

Oceniam płytę jako znakomitą. I jeszcze jedno – czynienie zarzutów z różnorodności tej muzyki (od metalu do ballady, wielokierunkowość) oznacza niezrozumienie z czego bierze się siła twórczości Stevena i reszty. To nie grzech – to zaleta! Szczególnie w świecie papki i prostactwa muzycznego.

Będę bronił tej płyty i tego rodzaju twórczości, bo jest po prostu wynikiem myślenia, emocji, nastroju itd. – co dzisiaj zdaje się bardzo rzadkim zjawiskiem.

/R/

__________________________________________________________________________

Zauważyłem, że płyta ta jest powszechnie krytykowana. Po pierwszym przesłuchaniu nie zachwyciła. Po kilku kolejnych - również. Przypomniałem sobie jednak, jak kilka lat temu podobnie odebrałem płytę "Deadwing". Zespół miał wówczas wystąpić na jednym z koncertów w Łodzi - w "Anilanie". Koncert był w byle jakim miejscu, "prowincjonalny" można by rzec, a była to oczywiście trasa promująca wydaną właśnie płytę - na rewelację nie byłem nastawiony. Mimo wszystko poszedłem na koncert - i usłyszałem, właściwie "przeżyłem" Deadwing w zupełnie odmienny sposób - odtąd sięgam po tę płytę równie chętnie co po inne, bardziej "utytułowane". Co mogłem zatem zrobić z "The Incident"? - wybrałem się na koncert do Wrocławia. Pierwsza część płyty była zagrana w całości, z tradycyjnym już "filmowym" podkładem w tle. Zdawała się opowiadać pewną historię, nie wprost - lecz raczej jakoś tak "podprogowo". A koncert był koszmarny - fatalnie nagłośniony, w hali sportowej zamiast w filharmonii, gdzie powinno być miejsce takich wydarzeń, zagrany wybitnie big-beatowo a nie lirycznie. Mimo to - opowieść "The Incident" chwyciła. I naprawdę głęboko poruszyła. Myślę, że spora w tym zasługa "filmowej" części przekazu - dopiero ona dopełnia całości. Teraz, słuchany ponownie w domu "The Incident" to już zupełnie co innego - nie zastanawiam się czy dany utwór ma ciekawą kompozycję, aranżację, czy nie jest zbyt banalny - myśli krążą wokół ogólnego konceptu, któremu podporządkowana jest całość muzyki na tej płycie. Dopiero w takim nastroju odkrywamy, że to co najlepsze w Porcupine Tree pozostało - pewna unikalna atmosfera podsycana każdym, najdelikatniejszym nawet dźwiękiem. Od zawsze uważałem ten zespół za zjawisko niezwykłe - mimo wrażenia niezdecydowania jaki kierunek muzyczny obrać na każdej kolejnej płycie, mimo wrażenia ciągłego oscylowania pomiędzy banalnym popem a ciężkim metalem - Porcupine Tree zawsze był jednym z tych nielicznych, jeśli nie jedynym współczesnym zespołem potrafiącym naprawdę trafić do wrażliwego słuchacza. Odpowiedni odbiór twórczości tego zespołu zależy jednak od specyficznego nastawienia - pewnej takiej wewnętrznej cierpliwości i wyrozumiałości, że tym razem artysta znowu chce nam powiedzieć coś innego - nie do końca to, czego byśmy oczekiwali. Gdy jednak w końcu zrozumiemy co autor miał na myśli - nasza wyobraźnia zatoczy jeszcze szerszy krąg. Obecnie mam taką "fazę", że gdy słucham "The Incident", poprzednie płyty zespołu wydają mi się dość "płytkie" - może technicznie lepsze, może muzycznie ciekawsze, może bardziej "chwytliwe", "The Incident" przyćmiewa je jednak "mocą" przekazu. Z niecierpliwością czekam, i mam nadzieję, że się doczekam - na płytę koncertową.

/Krzysztof T./

__________________________________________________________________________

cześć

Fakt - płyta nie zachwyca przy pierwszym przesłuchaniu. Po drugim również, ale po kolejnych przesłuchaniach już tak!

To jest płyta koncepcyjna - tego się słucha w całości - a nie jednego utworu. Dzięki temu jest zróżnicowanie - jest mocno, jest cicho, jest wolno, jest szybko.

Zauważcie, że najlepsze płyty 'odrzucają' przy pierwszym słuchaniu - a potem można ich słuchać bez końca. The Incident również tak na mnie podziałał. Na początku pomyślałem - Boże ...., i nawet chciałem odsprzedać dwa bilety na wrocławski koncert - dobrze, że tego nie zrobiłem.

Płyty, które od razu się podobają - szybko odchodzą w zapomnienie.

/Sławek T./

__________________________________________________________________________

Zastanawiam się, dlaczego płyty Porcupine Tree wywołują tak skrajne emocje wśród słuchaczy – od nabożnego zachwytu do całkowitej negacji. Może dlatego, że wszyscy bardzo przeżywamy twórczość tego zespołu. A przecież nie ma ludzi doskonałych. Porcupine Tree cały czas tworzy, raz rzeczy wybitne, innym razem nieco słabsze, ale zawsze jednak na pewnym poziomie. Jest naprawdę niewiele zespołów, które potrafią tak jak oni przez wiele lat nagrywać coś ciekawego, jednocześnie nie powielając swoich starych pomysłów. Bo przecież każda płyta Porków jest inna.

"The Incident" należy do tych płyt, które nie zachwycają za pierwszym razem, ale wciągają dopiero po kilku czy nawet kilkunastu przesłuchaniach. I zapewniam, że warto tej płycie poświęcić swój czas. Uważam ją za ciekawszą od poprzedniej "Fear of a Blank Planet" czy EP-ki "Nil Recurring", do których nawet po kilku latach jakoś nie mogę się przekonać.

Na koniec mała dygresja. Cena "The Incident" jest koszmarnie wysoka jak na dzisiejsze czasy. Płyty kosztowały 60-70 zł, ale jakieś 5-10 lat temu. W ostatnim czasie znacznie staniały, do poziomu średnio 30-40 zł. Dlaczego "The Incident" kosztuje tak drogo? To już wina samego Stevena Wilsona, który wymyślił sobie, że koniecznie trzeba umieścić "The Incident" na dwóch krążkach pomimo, że ten materiał spokojnie zmieściłby się na jednym (pierwszy CD trwa 55 minut, drugi 20). Ach ten Wilson… i tak go kochamy.

/Michał/
 
 
 
 
PORCUPINE TREE
The Incident
CD 32.89 zł